piątek, 30 października 2015

Bieli ci u nas dostatek

Ile ludzi tyle zdań. Ba, podobno nawet gdzie stu Polaków, tam dwieście zdań:) Te różnice przekładają się na gust i styl więc choć podążamy za tymi samymi modami i trendami, to co z nich wybierzemy zależy tylko od nas. 
Niektórzy szczycą się, że moda ich nie dotyczy. Upatrują w tym pewnej wyjątkowości. Nie odmawiam im tego, choć trzeba jasno powiedzieć, że idąc pod prąd jest się dzisiaj zwyczajnie....modnym:) Ja, nie będę się wypierała, że mój gust kształtują obecne trendy. Przecież nie da się zaprzeczyć, że przeglądane z wielką przyjemnością różne magazyny wnętrzarskie, najnowsze kolekcje mebli, porcelany, butów czy pościeli zwyczajnie mają wpływ na to, jak dekoruję swój dom, w co ubieram siebie i rodzinę czy jaki krem nakładam codziennie na nos przed wyjściem z domu. Z tą uwagą że na nowości patrzę przez pryzmat siebie. Bo co z tego, że kolorem roku 2015 ogłoszono marsalę, skoro mnie on zwyczajnie  'nie leży'. 
Z drugiej strony są rzeczy, którym jestem wierna od lat i raczej zdania nie zmienię. Wspomnę tu choćby o kremie nivea (tym granatowym w metalowym pudełeczku), butach na koturnach, dzięki którym moje nogi wyglądają całkiem zgrabnie nawet jak dla mnie:), czy nieśmiertelnej białej porcelanie, która pasuje zawsze i wszędzie - na urodzinach cioci, na weselu czy w zwykły piątkowy obiad. I choć wiecie, jak wielbię pastele, bieli ci u nas zawsze dostatek. Czy jest modna? Moje zdanie: zawsze i wszędzie:)













 Na zdjęciach:

1/ Koszyk druciany okrągły Ib Laursen
2/ Młynki White zestaw Ib Laursen
3/ Dzban Mynte Pure White Ib Laursen
4/Filiżanka Jumbo Pure White Ib Laursen
5/ Chlebak mały emalia Pure White Ib Laursen

Pozdrawiam Was ciepło!
Aga ze Sweet Village






poniedziałek, 19 października 2015

Gdy cię ktoś całuje w nos

Wieje, a ponieważ w nocy lało - to wszędzie stoi błoto. Moja przyjaciółka, która mieszka na stałe w Hiszpanii pisze, że u nich wreszcie popadało. I cieszy się z tego jak dziecko. Ja na moją ulewę potrafię tylko pobluźnić pod nosem. Nic na to nie poradzę, jak przychodzi TAKA jesień, to przychodzą też TAKIE dni, jak ten. Od rana wszystko denerwuje  - łupie  w krzyżu ( to od wilgoci pewnie), włosy się plączą i odmawiają współpracy, Jasiek marudzi, że zgubił auta, aut nigdzie znaleźć nie można więc napięcie narasta. Zjadłoby się pyszne śniadanie takie z kakao, ze świeżym serkiem białym czy miodem, bakaliami i ciepłą kaszą jaglaną - tylko, że w/w składników zwyczajnie brak. O przepraszam - jest miód, ale to raczej nie załatwi tematu. Lodówka świeci pustkami,  ale pretensję mogę mieć tylko do samej siebie, bo wczoraj zapomniałam zrobić zakupy. Nie żeby specjalnie, tylko katar chyba padł już na mózg, bo jakoś najprostszych spraw nie mogę ogarnąć. Wygrzebuję więc na wierzch wszystko co mam w lodówkowych czeluściach. Na szczęście są jajka i masło. I kiedy szykuję talerze na prawie gotową jajecznicę, dostrzegam kątem oka jak mój synek sięga po komórkę. Niestety nie jestem mistrzynią refleksu tego poranka - telefon ląduje na ziemi. Podnoszę z podłogi jego kawałki, po drodze uderzając głową o otwarte drzwi szafki. Potem jest już coraz gorzej......Aż koło 17-ej mam wszystkiego serdecznie dość. Zrezygnowana idę na krótką drzemkę. Budzę się  - za oknem już prawie ciemno. Leje, i wieje niesłychanie. Jasiek wstaje ze swojej drzemki, przytula mnie, całuje w nos, patrzy w oczy i mówi to swoje  urocze "ajś mama". Tym jednym słowem (no dwoma:)) i gestem jakby zdejmował ze mnie całe rozgoryczenie. Nie wiem jak to możliwe, ale w tym momencie przestaję już utyskiwać pod nosem. Myślę sobie, jaka ja głupia byłam. I ślepa chyba, jakieś okulary nieprzetarte założyłam....












 Bo przecież leje na zewnątrz, a ja w ciepłym, przytulnym domku jestem, ulubionej herbaty mam całe pudło, komórka co prawda potłuczona, ale tylko z tyłu i działa sprawnie, więc wyłącznie nowego etui wymaga ( stare i tak już było podniszczone), włosy splątane - w koka zebrałam, jakoś tak ciekawie teraz wyglądają, nawet z uśmiechem zerkam sobie w lustro. Lodówka, że pusta była to ją całą wymyłam, a zaglądając do zamrażalnika pyszne pulpety i indycze parówki od mamy znalazłam, co to mi tydzień temu przywiozła. I właśnie M. wrócił z delegacji, po drodze zahaczając o kilka sklepów i przywożąc mi różne pyszności...
 Siedzę więc teraz w ulubionym ciepłym swetrze, popijam malinową herbatę i wcinam przepyszną szarlotkę, którą przed chwilą wyjęłam z piekarnika. W kominku pali się drewno, dziecko smacznie śpi ściskając w dłoniach odnalezione (przy okazji wymywania lodówki!) ukochane auto. Domowe mleko migdałowe czeka w lodówce na poranne śniadanie. Jutro pewnie też będzie lało. Czeka nas piękny dzień:)

Pozdrawiam Was ciepło!
Aga ze Sweet Village

piątek, 9 października 2015

Co ma glut pod nosem do jesiennych pasteli?

Ten post, zanim dzisiaj go ujrzeliście, powstawał kilka ładnych dni.  Wiecznie coś mi nie pozwalało go dokończyć, a sprawy to były mocno wkurzające typu zepsuty komp i zmywarka, spalony piec czy cieknący kran w łazience. Nie wszystkie problemy udało się załatwić ( np, z góry przepraszam, za mogące pojawić się w tym tekście literówki, gdyż mój kochany komputer wciąż jest w stanie agonalnym, a ja zostałam zmuszona posługiwać się wersją pożyczoną zawierającą dziwnie zamieniającą litery i znaki klawiaturę :)). Wracając do posta - bytował sobie tak w zawieszeniu ponad dobry tydzień, pierwsza więc jego część niestety trochę się zdezaktualizowała.... W oryginale bowiem zaczynał się tak: "O takiej jesieni zawsze marzę, taka powinna być!  Mój M. twierdzi nawet, że właśnie taka pogoda jest idealna dla niego przez cały rok. Nie za gorąco, nie za zimno czyli w sam raz.  Staram się wiec nie myśleć, że lada chwila przywlecze się do nas jakiś zimny prąd wschodni i przyciągnie przeszywające wiatry, pluchę, dżdżenie i pociąganie zagluconym nochalem. Póki co pozytywnie nastrojona wprowadzam nową porę roku do  naszego domu. I wcale nie będą to barwy musztardy, odcienie śliwki czy brązu, bo ja się w takiej kolorystyce zupełnie nie odnajduję. Pozostaję więc wierna swoim pastelom, choć przyznaję, że poddam je lekkiej metamorfozie:) Zasady są trzy - ma być jasno, przytulnie, naturalnie. Tak, by nawet największa plucha czy wiatr, kiedy już przyjdą, nie zepsuły dobrego humoru:)".... No i masz babo - raptem tydzień później witam u swego progu szarówę, wiatrzysko a pod nosem solidnego gluta:(  Na szczęście teraz, wsuwając się pod koc z książką czy przygotowując gorący rosół na to paskudne przeziębienie, mogę cieszyć się przytulnym przyjemnym widokiem jesienno-pastelowych klimatów, jakie zdążyłam wprowadzić do swej kuchni. Jest trochę mięty, pudrowego różu, szarości. Do tego sama natura: dynie, śliwki, orzechy no i oczywiście kwiaty. O tej porze roku obowiązkowo wrzosy i chryzantemy:) Nie powiem, że lubię chorować, ale w takim otoczeniu jakoś łatwiej to znieść i nawet buczenie nie do końca naprawionej zmywarki tak nie wkurza:)



Pozdrawiam Was ciepło!
Aga ze Sweet Village