wtorek, 28 stycznia 2014

Hiacynty i mięta czyli powiew wiosny

Może to dziwne, już w styczniu pisać o pastelowych wiosennych klimatach. Ale z drugiej strony czemu nie? Nowe kolekcje takich firm jak Green Gate czy Ib Laursen po prostu zachwycają, nic więc dziwnego, że po głowie chodzą mi już pomysły na wiosenne aranżacje:) Szczególnie miętowe, bo to kolor w którym jestem zakochana od dłuższego czasu. Na razie podchodzę do tematu bardzo delikatnie. Po prostu szkoda mi ściągać te cudne dekoracje świąteczne. Co prawda choinki już dawno nie ma (siedzi sobie z zanurzonymi korzeniami w ogrodzie, a my trzymamy za nią kciuki, by się zadomowiła u nas na dobre), za to girlandy, lampki i porcelanowe, białe renifery wciąż ozdabiają salon i kuchnię. Postanowiłam, że posiedzą jeszcze z nami do końca stycznia. Tymczasem podczas ostatnich zakupów  nie mogłam przejść obojętnie obok stoiska z kwiatami. A tam  - już na mnie zerkały - malutkie hiacynty:)
 











Zasad, na jakich funkcjonują w naszym domu kwiaty zupełnie nie rozumiem. Jedne  po krótkim czasie należy zaliczać już do tych z kategorii suszonych, inne rozrastają się jak oszalałe. Hiacynty postanowiły wybrać tę drugą opcję. Nie dość, że  (w porównaniu do wersji startowej) wybiły do góry na potęgę, to jeszcze błyskawicznie zakwitły. A ponieważ lubię bawić się przedmiotami - często kieliszki są świecznikami, świeczniki wazonami a słoiki lampionami, to tym razem hiacynty wylądowały nie w doniczce a w.... miętowej emalii:) Dobrze im tam, a mnie przyjemnie na nie patrzeć, bo ten róż z miętą zgrały się idealnie. Co prawda nie mogę się oprzeć wrażeniu, że to ciut za wcześnie (za oknem śnieżyca, że ledwo furtkę widać), ale co mi tam - styczniowa wiosno- trwaj!
 
 
PS: Tabliczka 'Smile' Ib Laursena pochodzi ze sklepu pretty-home.pl


Pozdrawiam Was ciepło,
SweetVillage




poniedziałek, 20 stycznia 2014

Dwa cudeńka

Dzisiaj będę się chwalić:) Od jakiegoś czasu mam pewne cudeńko. W kuchni, na parapecie siedzi sobie dumnie i umila mi poranki. Przy nim jemy sobie z Jasiem śniadania. I nucimy piosenki. Co prawda w przypadku mojego synka to może trochę nad wyraz nazwałam to nuceniem, on raczej na razie uprawia naśladownictwo werbalne, co często wiąże się z zapluciem dolnej lub górnej części twarzy, tudzież obu ich na raz:) Ale, wracając do tego mojego cudeńka z parapetu - jest kremowy, nie za duży, nie za mały i cały w klimacie retro. Radio Bush się nazywa i odkąd go dostałam, nie mogę się na niego napatrzeć. Od dawna chciałam mieć właśnie takie radio. Co jakiś czas buszowałam w internecie, ale nic nie przypominało modelu, który siedział mi w głowie. Niby trafiałam na nie brzydkie, ale jakieś takie nie moje.....Nie wiem, jak Wy, ale ja należę do osób, które wolą siedzieć przy żarówce, do momentu kiedy nie znajdą odpowiedniego żyrandola. Rozumiecie o co mi chodzi? Po prostu, nie lubię bylejakości i zamiast zadowolić się czymś, nie do końca takim, jak chcę, wolę przez jakiś czas nie mieć w ogóle. I tak sobie czekałam, czekałam. Wreszcie w grudniu wpadł mi w oko kremowy Bush. Niestety okazało się,  że w Polsce jest niedostępny. Wyobraźcie więc sobie moje zdziwienie, kiedy kilka dni po Bożym Narodzeniu, odebrałam paczkę, a w środku znalazłam kremowe cudo:) To kochany M. przy współpracy ze swoim przyjacielem z Irlandii, dogadali się za moimi plecami, i sprawili mi taką niespodziankę. Dziękuję Wam chłopaki:)






 
A do tego muszę jeszcze  wspomnieć o  malutkim zakupie kuchennym - białej, ślicznej deseczce porcelanowej. Oczywiście to Ib Laursen :)Tej firmie po prostu ciężko mi się oprzeć. Jakbym mogła, to bym wykupiła pół katalogu, zwłaszcza teraz, kiedy wchodzi kolekcja wiosenna z piękną miętową porcelaną. Oj, muszę się powstrzymać....
 
 
Pozdrawiam Was ciepło,
SweetVillage

niedziela, 12 stycznia 2014

Umiarkowana czyli zdrowa dieta z pancakesami w tle

Różnie bywało z tym entuzjazmem w Nowym Roku. Czasem styczeń mijał pod znakiem zupełnego wyzucia z energii. No nie będę czarować, że zawsze wszystko było super, trendy i cool :) Bo też z czego tu się cieszyć? Przeważnie styczeń witał mnie (po grudniowych szaleństwach) pustką w portfelu , więc na wyprzedaże nie miałam nawet po co się wybierać. Pogoda za oknem była fatalna, a  po świątecznych kulinarnych maratonach - w biodrach centymetrów przybyło i ulubione sukienki po prostu na tyłek nie wchodziły. Ale tym razem jest inaczej. Jakoś tak naprawdę czuję, że chce mi się chcieć. Sukcesywnie zapisuję w nowym kalendarzu cały plan działania. I codziennie, zaraz po przebudzeniu, staram się go drobnymi krokami  realizować. A co  najlepiej  dodaje energii z rana? Oczywiście pyszne i sycące śniadanie.  Zatem patelnia w ruch, jaja, mleko, mąka itp. i po paru minutach lądują na talerzach pyszne pancakesy z dodatkiem ulubionych powideł śliwkowych z cynamonem. Tak dzisiaj wyglądało u nas śniadanie:) Wcinaliśmy aż uszy się trzęsły. Naergetyzowani, syci i uśmiechnięci. Teraz można zacząć działać! Nie dajcie się więc skusić na jakieś magiczne diety cud, nie zamęczajcie się odmawianiem sobie małych słodkości. Frustracja z czasem gwarantowana. To, co natomiast warto  zastosować to  dieta umiarkowana. Jeśli ciasto - to kawałek, jeśli słodzić to np. miodem.  Dużo warzyw, dużo ruchu, mniej smażenia. Ważne, by było zdrowo, ale i pysznie. Bez zadęcia, bez katowania własnego organizmu i ciała. Zatem samych smacznych poranków w tym miesiącu:)
 

 
 
 
 

 
 
 
Poranne pancakesy
 
  • 3/4 szklanki maślanki
  •  1 i 1/4 szklanki mąki
  •  1/2 szklanki mleka
  • 1/4 szklanki cukru pudru
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody
  • szczypta soli
  •  1 jajko
  • 1/4 szklanki oleju rzepakowego
  • kilka kropel ekstraktu waniliowego

  • Wszystkie składniki mieszamy razem, aby powstała jednolita masa, smażymy na średnim ogniu z obu stron. Podajemy z czym tylko nam się zachce:)
     


    Pozdrawiam Was ciepło,
    SweetVillage 

    niedziela, 5 stycznia 2014

    Oliwki, pomarańcze oraz noworoczne postanowienia

    Pewnie większość z Was złożyła sobie noworoczne obietnice - więcej sportu, mniej obżarstwa, nauka języka, dwa razy w tygodniu salsa....... Nie powiem, ja również coś tam sobie obiecałam i zamierzam się tego trzymać. Z jednym z postanowień ściśle wiąże się kwestia urodowa, a dokładniej rzecz biorąc mowa o pielęgnacji swego, już nie tak młodego ciała :). Im więcej mam lat, tym bardziej wierzę w dobroczynne działanie kosmetyków z naturalnych składników. Już mnie nie złapią na wędkę reklamą czy chwytliwym hasłem. Że krem w tydzień wygładzi mi zmarszczki, a po magicznym balsamie cellulit już nigdy nie wróci, że od tuszu rzęsy jak pióra a pióra sprayem w burzę loków zamienię - nie wierzę, no już nie wierzę. Za to wiara ma w dobrodziejstwo natury od jakiegoś czasu nieustannie rośnie. Zanim jednak skuszą mnie nowe tubki i słoiczki muszę przeczytać co w środku piszczy.  Nie raz bowiem można tam znaleźć pół tablicy Mendelejewa. Najgorzej, jeśli firma deklaruje, że jest eko, że sama natura, że ach i och. A w środku - bomba chemiczna. Na szczęście jest trochę perełek na naszym rynku, a dzisiaj chciałam pokazać wam dwie z nich - peelingi pomarańczowy i z czarnych oliwek. Ten pierwszy to Organiczny Energetyzujący Peeling Do Twarzy firmy Love Me Green. Według producenta  wygładza, usuwa martwe komórki, stymuluje procesy regeneracyjne, usuwa nieczystości i poprawia koloryt twarzy jednocześnie nawilżając. To według producenta, a według mnie.....robi dokładnie to wszystko plus pięknie pachnie:) Delikatnie i nie nachalnie - pomarańczami. Jedyny minus to ciut za wodnista konsystencja, ale można sobie z tym poradzić. Dla mnie zupełna rewelacja, bo lubię nie tylko efekt, jaki daje kosmetyk, ale i przyjemność stosowania, którą daje zapach. Doczytałam się też, że olejek pomarańczowy ma właściwości kojące nerwy. Pewnie dlatego tak go lubię:)
     
     


     
     
    Drugi to tak naprawdę mydło o właściwościach peelingujących. Jest w 100% naturalne, zawiera czarne oliwki, olej oliwny a moja wersja dodatkowo jeszcze olej różany. Na rozgrzane ciepłą wodą, wilgotne ciało nakłada się jego niewielką ilość, następnie po 5 minutach wykonujemy masaż rękawicą Kessa i zmywamy wodą. Skóra jest gładziuteńka. Jeszcze nigdy żaden peeling nie potrafił zdziałać tego, co to cudo. Najlepiej na koniec jeszcze wsmarować olej arganowy, albo jeśli wolicie wasz ulubiony balsam. Zapach co prawda nie powala, ale warto dla takiego efektu. Skóra wygładzona, aksamitna,  bez toksyn i zanieczyszczeń. I noworoczna odnowa ciała gotowa:) Zatem jeśli na Waszej liście postanowień znalazł się punkt urodowy - spróbujcie obu. Warto:)
     
    Pozdrawiam Was ciepło!
    SweetVillage