poniedziałek, 11 listopada 2013

Nikt tutaj nie siedzi



Są czasem takie poranki, że człowiek ledwo podnosi głowę z poduszki, nie mogąc uwierzyć, że to już koniec sennych marzeń, że trzeba ruszyć w wir dnia, choć kołdra jeszcze tak przyjemnie ciepła. I tak ma każdy – czy singiel czy nie, fryzjerka, praczka czy bizneswomen. W tym również ja. Choć w moim przypadku powinnam chyba napisać : Są często takie poranki....... Co prawda, od kilku ładnych miesięcy przestałam funkcjonować według schematu: krótka pobudka, szybki prysznic, makijaż, gorąca kawa przy paru dźwiękach radia. Bieg do tramwaju w obcasach - jako rozgrzewka, bo potem jeszcze osiem (w porywach do dziecięciu) godzin galopu przez spotkania, prezentacje, exele, zestawienia, etc. Zamieniłam to na inne ciekawe zajęcia, które wchodzą w skład pakietu pt. urlop macierzyński. Choć z urlopem to według mnie nie ma nic wspólnego, a kto przeżył, ten dobrze to wie. Nocnych pobudek końca nie widać, kawa zawsze już za zimna lub jeszcze za gorąca. Długość i ilość prysznica, tudzież innych czynności codziennych, a do życia raczej niezbędnych, wprost proporcjonalna do długości i ilości drzemek (bynajmniej nie matczynych). Każda sekunda ciszy – bezcenna. Karmienie, przewijanie, glutów odciąganie, zabawianie, bujanie, noszenie, tulenie, kąpanie. Jak dobrze pójdzie od piątej do dwudziestej. Bez wolnych weekendów, bez szans na zdobycie od lekarza zwolnienia. I choć miłość matczyna to przedziwny rodzaj uczucia, gdzie jeden bezzzębny uśmiech na koniec dnia potrafi wynagrodzić wszystkie jego trudy, to nie zmienia faktu, że trudy są.
Piszę więc do wszystkich, którzy twierdzą, że oni też chcieliby, a jak, gdyby tylko nie zmęczenie i ten czas...bo gdyby nie jego brak, oj tak, tak......wtedy to już na pewno, z pewnością, nieodwołalnie wreszcie i nareszcie jedna Pani zaczęłaby szydełkowanie, inna pisać bloga, a kolejna gotowanie. Tylko, że to nie tak, bo prawda niestety jest dość sroga – „siedzenie na macierzyńskim” to po prostu puste słowa. Tutaj jest praca, praca i jeszcze raz praca. A czas dla siebie? Tylko w trybie wieczorno-nocnym, więc raczej chodzi o to, by chciało się chcieć coś robić. I już. To cały klucz. Choć przyznać też muszę, że gdyby nie opiekowanie się moim Jasiem, nie miałabym okazji do porannych spacerów czy wspólnego bujania się na hamaku w ciągu dnia. I ten brak firmowego stresu....fakt, to wszystko bardzo pomaga zmienić perspektywę. To można uznać za argument, bo stres blokuje, nie ma się siły na marzenie, wymyślanie i realizowanie. Ale brak czasu? Akurat my mamy wcale go nie mamy.

 


 Pozdrawiam Was ciepło!
SweetVillage

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz