środa, 30 października 2013

Domowe anioły



Tak samo jak nie cierpię sprzątać po generalnych remontach, tak samo lubię „odnajdowanie” przy tej okazji wielu różnych drobiazgów. Tak to się bowiem składa, że jestem z typu chomikujących, i choć uwielbiam porządek, to trudno mi rozstać się z moimi rupieciami. Po prostu nie umiem od tak czegokolwiek wyrzucić i już. Jest więc tych szpargałów co niemiara. Dzięki nim zdarza mi się również kilka razy do roku urządzić sentymentalną eskapadę w przeszłość. Polega to na wygrzebywaniu pamiątek z czasów studiów czy przedszkola, czytaniu starych listów, pamiętników (trochę ich jest - chyba od zawsze miałam potrzebę pisania:)). Najbardziej lubię wracać do starych zdjęć. Poupychane mam je w szufladach, koszykach czy notesach. Nie pamiętam już od kiedy obiecuje sobie, że wreszcie wszystkie opiszę i powkładam do albumów. Ba - albumy, nawet kupiłam! Leżą sobie zafoliowane obok wspomnianych koszyków:) Zdarza się więc, że szukając czegoś zupełnie innego, natrafiam na fotę i …. odpływam. W przeszłość, ma się rozumieć. Fajne wspomnienia napędzają się wzajemnie i potrzeba odnalezienia innych zdjęć z tego samego okresu rośnie, a czas mija, i mija – i nagle nie ma połowy niedzieli. No, ale nie tym razem! Mój M. czuwał – wszak remont trzeba kiedyś zakończyć. Przy okazji jednak nie obyło się bez zahaczenia o drobne wspominki. Wygrzebałam bowiem kilka moich starych pudełeczek decoupage. Ich produkcja to czasy studenckie. Klejenie i malowanie w wynajmowanym pokoiku, na podłodze, między gitarami M. a moimi książkami. Postanowiłam, że część warto znowu wystawić na światło dzienne. Są idealne na drobiazgi typu pierścionki czy bransoletki. 



 
 

Pamiętam, że ozdabiałam je z myślą o świętach, ale ponieważ są w kolorze kremowym – pasują u nas do wszystkiego, przez cały rok. A z aniołami szczególnie - cały dom jest nimi wypełniony. Mamy je niemal na każdym rogu, bo wierzę, że potrafią wprowadzić dobrą energię. Naliczyłam ich dziesięć, a każdy zajmuje się czymś innym. Jest np. taki, który czuwa nad naszym spokojem, jest jeden od dobrego humoru czy malutki łazienkowy - od urody:) Może pomyślicie, że to dziwne, ale ja wierzę w ową pozytywną energię, którą roztaczają. Właśnie – pozytywna energia dziś szczególnie poszukiwana! Za oknem buro, pod nosem mokro. Znowu przeziębienia:( Ach, ta jesień. Zatem pozytywna energio przybywaj!



Pozdrawiam Was ciepło!
SweetVillage

środa, 23 października 2013

Szare kratki, pudrowe kwiatki


Jakiś czas temu pisałam, że wkrótce pokażę Wam, jak mój dom nabrał szaro-różowych barw, bo takie właśnie kolory zagościły u nas na sezon jesienny. Dzisiaj mała odsłona - trochę późno, ale lepiej niż wcale:) Pudrowy róż jest w różnych dodatkach, szarość to głównie tekstylia. Myśl o wprowadzeniu tego koloru do domu chodziła mi po głowie od kilku miesięcy, choć muszę przyznać, że kiedyś omijałam go szerokim łukiem. Jakoś było mi z nim nie po drodze. Teraz mam zupełnie inne podejście i myślę, że duży na to wpływ miały piękne rzeczy firmy Ib Laursen. Im dłużej oglądałam w necie stylizacje z wykorzystaniem ich pastelowych dzbanków, mis, miseczek czy talerzy - tym przychylniej spoglądałam w kierunku różu. W takich momentach bardzo cieszy mnie, że na etapie projektowania domu udało się przekonać M. do wprowadzenia prawie wszędzie białych i waniliowych mebli.  Nie dość, że pięknie rozjaśniają wnętrze, to stanowią również extra bazę. Dzięki temu łatwo (i co nie bez znaczenia – dość tanio:)) można wprowadzać nowe dodatki kolorystyczne, a wszystko zawsze fajnie ze sobą gra. 











 A jeśli chodzi o dodatki - tym razem najbardziej jestem zadowolona z moich pudrowo-różowych donic. Są w różnych wielkościach, okupują nie tylko parapety, ale i komody. A poszewki, obrusy i bieżniki to dzieło mamy M. Jestem jej bardzo wdzięczna, wiem, że na koniec miała już dość tych moich szarych kratek i różowych kwiatów. Ale wyszły pięknie - dokładnie tak, jak chciałam. Przy tej okazji powstało też jedno z kolejnych postanowień do zrealizowania jeszcze na ten rok - muszę nauczyć się szyć. Pierwszy krok wykonany - przywiozłam sobie z mojego domu rodzinnego starą, ale zupełnie sprawną maszynę dobrego, polskiego Łucznika. Plan jest taki - poduchy i zasłony do pokoju dziecinnego będą już nie tylko przeze mnie wymyślone ale i wykonane:)


Pozdrawiam Was ciepło!
SweetVillage



























sobota, 19 października 2013

Tuż za rogiem...

 
Ale przyjemny tydzień. A wszystko za sprawą dziadków Jasia, którzy postanowili nas odwiedzić. Lubię takie dni, gdy w domu jest pełno ludzi, śmiechu i ogólnego rozgardiaszu. Każdy coś mówi, każdy coś chce – dom aż kipi od natłoku informacji i emocji:) Oczywiście na dłuższą metę fajny jest spokój, ale teraz – uwielbiam taki harmider:) Najazd bliskich ma bowiem jeszcze ten dodatkowy plus, że każdy z gości jest chętny do opieki nad synkiem. Mając więc dodatkowe ręce do pomocy, nie omieszkałam skorzystać z tego dobrodziejstwa. Tym sposobem udało mi się m.in wyrwać na dłuższe zakupy, rozkoszować popołudniową drzemką (krótką bo krótką, ale jednak) czy wyskoczyć na grzyby:) Pamiętacie, jak niedawno pisałam o moich planach grzybożercy? Hmmm.... nie było co prawda czasu na całodniową eskapadę, jednak udało się trochę pobuszować w lesie. A dokładniej niemal za rogiem, bo uwaga, uwaga …. okazało się, że kilka metrów od naszego domu rosną całymi stadami maślaki i podgrzybki.

 

Tak więc pierwszy w tym roku sosik z maślaków zaliczony:) Reszta poszła do suszenia. A zapach w domu – po prostu boski. Dzięki niemu humor jeszcze lepszy i nawet kurz i pył remontowy, z którym to walczę codziennie, nie wkurza już tak bardzo. Bo trzeba Wam wiedzieć, że właśnie trwa (ostatni w tym roku na szczęście) remont, a dokładniej adaptowanie piętra, tak byśmy mogli jeszcze w październiku tam zamieszkać. Sypialnia i przyszły pokój synka nabierają kolorów. Narazie malujemy, dekorowanie zaplanowane na zimę. Wizja już jest, ale nie ma co się śpieszyć. Wychodzę bowiem z założenia, że przestrzeń wokół siebie tworzy się powoli, bez pośpiechu, gromadząc, odnawiając, wygrzebując z różnych ciekawych miejsc różne ciekawe rzeczy. Jedno jet pewne – będzie dużo pasteli i będzie pięknie. Pięknego dnia życzę!

Pozdrawiam Was ciepło!
SweetVillage

wtorek, 15 października 2013

Słoneczna zupa

Nie mogę napatrzeć się na te cudne drzewa za moim oknem - kolory od zieleni przez żółć, pomarańcz, rdzawy brąz aż po krwistą czerwień. Niestety codziennie widzę, że coraz więcej tych kolorowych liści pojawia się na trawniku, co niechybnie zwiastuje, że wkrótce pozostaną tylko łyse badyle na pniach, a wówczas to już tylko trzeba czekać ..... na Boże Narodzenie:) Wiem, wiem - pewnie pomyślicie, że przesadzam, ale ja zwyczajnie lubię już w listopadzie myśleć o świętach.
 


Póki co, mamy jednak złotą jesień a w związku z tym u nas w kuchni króluje dynia. No, króluje to może przesadzone, ale w planach jest kilka nowych przepisów do wypróbowania:) A na dobry początek - klasyka, czyli kremowa zupa dyniowa. Proste i pyszne, choć przyznam, że efekt końcowy za każdym razem jest nieco inny, pomimo, że zawsze robię z tych samych składników i proporcji. Pewnie to kwestia samej dyni - bo zupa raz gęściejsza raz rzadsza, ale najważniejsze, że zawsze dobra. Robię ją niezmiennie od kilku lat z przepisu Agnieszki Kręglickiej:
  • 500 g surowej dyni
  • 2 ziemniaki
  • mała cebula
  • ząbek czosnku
  • 1 litr rosołu lub wywaru z warzyw
  • łyżeczka przyprawy curry
  • sól
  • pieprz
  • cukier
Nastawić wywar z warzyw. Pokroić cebulę w kostkę, rozgnieść czosnek. Zeszklić czosnek i cebulę na oliwie lub oleju rzepakowym. Dodać pokrojone w kostkę dynię i ziemniaki, lekko obsmażyć (około 5 minut). Dodać przyprawę curry i wszystko wymieszać. Po kilku minutach wlać wywar i gotować, aż warzywa  będą miękkie. Następnie całość należy zmiksować i doprawić do smaku.
 



 Wiem, że można dodać zamiast mojego curry imbir czy gałkę - i zawsze obiecuję sobie, że następnym razem to zrobię, po czym i tak wygrywa curry. Cóż poradzę - uwielbiam tą przyprawę. U mnie zupa gościła już trzy razy w tym sezonie i na pewno nie będzie tylko do trzech razy sztuka:) Polecam, szczególnie, że zupa ma pięknie słoneczny kolor, a słońce przyda się nam wszystkim. Poza tym dla każdej babeczki ważne pewnie też będzie, że zupa jest mega zdrowa :) I pamiętajcie, żeby wyłowić z miąższu dyniowego pestki. Potem wystarczy je tylko opłukać pod zimną wodą, wysuszyć ręcznikiem, wstawić do piekarnika (180-190 stopni) na około 30 minut. I przekąska na jesienne wieczory gotowa:) Słonecznego dnia!
 
Pozdrawiam Was ciepło!
SweetVillage

środa, 9 października 2013

Wrzosowy sezon kominkowy


Strasznie pracowita ta jesień, normalnie na nic nie ma czasu. Nie mogę się nadziwić, że już prawie połowa października - dni lecą jeden za drugim w tempie błyskawicy. Choć jak sięgam pamięcią wstecz, to zawsze początek jesieni związany był ze wzmożoną intensywnością prac ogólno-domowych – weki, suszenie grzybów, porządki czy ostatnie przedzimowe remonty. Tak było w moim domu rodzinnym , tak jest też u nas. Póki co podłogi białe – panowie płytkarze wykańczają nam balkony przed nadejściem pierwszych mrozów. Nawet nie wiem czy zdążę porządnie ogarnąć ten bałagan przed malowaniem, które zaplanowaliśmy na piętrze. Kolory jeszcze nie wybrane, więc spacerując czy gotując wciąż rozmyślam nad różnymi koncepcjami zaaranżowania góry. W międzyczasie przygotowuję butelki na przyszłe wino malinowe (które pyka sobie od kilku tygodniu w balonie), próbuję uporządkować spiżarnię, pochować letnie ciuchy a wyciągnąć ciepłe swetry, zakończyć produkcję weków czy zabezpieczyć rośliny przed zimą. Wieczorami ma się rozumieć, bo dzień należy prawie w całości do mojego urwisa – strasznie ostatnio rozbrykany, spać nie chce, liczy się tylko zabawa! Naprawdę zaczynam podejrzewać, że w nocy, podciąga z nas energię:) Na szczęście zawsze znajdzie się chwila (dosłownie!) na wspólne posiedzenie z filiżanką herbaty - najlepiej przy kominku. Co prawda ostatnie dni są ciepłe i nie ma potrzeby dogrzewania się, jednak u nas sezon kominkowy oficjalnie rozpoczęty. A patrząc na drewno, które czeka sobie spokojnie w koszyku na użycie, pomyślałam, że warto zmienić nieco wygląd kominka i nadać mu jesiennego charakteru. I tak powstał wrzosowy wianek, który w ubiegłą niedzielę udało się zmajstrować i zainstalować.

 
 

 
 




Wrzosy zawsze kojarzyły mi się z jesienią. Lubię te kwiaty bo są bardzo dekoracyjne, dlatego zadomowiły się u mnie również na parapetach.
A w międzyczasie – goście, goście, goście..... uwielbiam to, że tak chętnie do nas wpadają. Przyznam, że obawiałam się trochę przeprowadzki na wieś m.in  z powodu groźby braku ciągłego kontaktu ze znajomymi. A tu miła niespodzianka – paradoksalnie mamy więcej gości teraz, niż kiedyś, mieszkając w wielkim mieście. Tak jakoś się układa, z czego bardzo się cieszę. Po prostu klimat wiejski służy i przyciąga - nie ma to jak relaks na łonie natury:) Apropos natury- lecę z synkiem na szybki spacer, mam zamiar nałapać jak najwięcej promieni słonecznych, bo to pewnie już jedne z ostatnich w tym roku. Trzeba korzystać - już nie długo bury listopad, jedyny miesiąc, którego szczerze nie lubię. Choć w tym roku może będzie inaczej, może czeka mnie kolejna miła niespodzianka :)
 
Pozdrawiam Was ciepło!
SweetVillage