środa, 18 września 2013

Herbaciane specjały


W ubiegłym tygodniu, chyba we wtorek, poszliśmy z Jasiem na spacer. Pogoda była idealna - zero wiatru, trochę słońca, nie za gorąco, nie za zimno. Przyglądałam się jak pięknie jesień zaczyna dawać znać o sobie – liście się zaczerwieniły, obrodziła jarzębina, u sąsiadów śliwa cała oblepiona owocami. Żałowałam, że nie wzięłam ze sobą aparatu, bo bardzo chciałam pokazać Wam od razu, jak tu u nas ślicznie."Jutro nie mogę o nim zapomnieć"- pomyślałam. Niestety następny dzień przywitał nas siąpiącym deszczem, chmurami i okropnym przeziębieniem synka. Poranek rozpoczęliśmy od wizyty u lekarza i od tamtej pory wciąż walczymy z choróbskiem. A ponieważ mój organizm chętnie przyjmuje wszystkie wirusy z najbliższego otoczenia, nie trzeba było długo czekać na wspólne kichanie i prychanie. I siedzimy sobie tak we dwójkę, pokasłujemy i oglądamy, jak za szybą wszystko moknie, bo niestety pogoda tak samo okropna, jak nasze samopoczucia. Jaś marudny, bidulek przez zapchany nosek nie może spokojnie spać. Ja radzę sobie trochę lepiej – opatulona w koc na zmianę - odciągam małemu katarek i aplikuję sobie kropelki, cierpliwie czekając, aż to minie. W takie dni zupełnie nie mam energii do działania, a jedną z niewielu rzeczy, jakie poprawiają mi humor są herbaty. Nie ma to jak mocna earl grey z plasterkiem cytryny i sokiem z malin. Wspaniale rozgrzewa i choróbsko mniej straszne. Piję ją na zmianę z lipą z dodatkiem miodu. Ponieważ miód traci swe właściwości w gorącej wodzie – zajadam go z talerzyka, popijając pysznym naparem lipowym.

  


Wogóle straszna ze mnie herbaciara. Gdyby ktoś kazał mi wybrać najlepszy napój świata - bez wahania wskazałabym właśnie herbatę. Uwielbiam praktycznie każdy rodzaj, wszystko zależy od nastroju, pory dnia czy roku. A jesień to dla mnie najbardziej herbaciana pora - zawsze upływa mi z filiżanką gorącego naparu w ręku. I obowiązkowo musi być pity z pięknej porcelany:) W tym zakresie uprawiam bowiem zbieractwo permanentne od dobrych kilkunastu lat. Pierwszą filiżankę kupiłam mając bodajże 16 lat. Od tamtej pory fascynacja skorupami trwa:) 


Mam kilka swoich ulubionych, a każda ma nieco inne przeznaczenie. Na popijanie herbatki czarnej lub zielonej przy czytaniu książek niezawodna jest duża, malowana w jesienne wzory roślinne filiżanka od mojego M. Razem z pięknym dzbankiem jest prezentem urodzinowym. To jeden z najbardziej trafionych upominków od kilku lat. Uwielbiam też „malutką francuzkę” czyli filiżaneczkę z manufaktury w Limoges, która co prawda jest do kawy, ale nie mogłam o niej nie wspomnieć. Cacuszko to ma ponad 130 lat, jest w stanie idealnym i zawsze, kiedy z niej piję myślę sobie do kogo mogła należeć przez te wszystkie lata, w jakich miejscach i rękach była...



 Uwielbiam też „malutką francuzkę” czyli filiżaneczkę z pozłacanymi rantami z manufaktury w Limoges, która co prawda jest do kawy, ale nie mogłam o niej nie wspomnieć. Cacuszko to ma ponad 130 lat, jest w stanie idealnym i zawsze, kiedy z niej piję myślę sobie do kogo mogła należeć przez te wszystkie lata,w jakich miejscach i rękach była... Do tych ulubionych skorup należy też mała, fioletowa, ręcznie malowana przez cudowną panią Alę. Kiedy po nią sięgam przypominają mi się stare dobre czasy studenckie, kiedy to pracowałam w małej herbaciarni na Saskiej Kępie. Pani Ala jest mamą właścicielki. Przegadałam z nią wiele godzin na temat sztuki, impresjonizmu, powojennej Warszawy, domowych przepisów czy ... najnowszych trendów w modzie:). To według jej przepisu podawany był tam domowy sernik, którego smaku nigdy nie zapomnę. Serwowane tam rodzynki w rumie, które podawaliśmy do jednej z herbat, były również jej przepisu. Podjadałam je nieustannie. No, po prostu nie mogłam się powstrzymać! Pani Alu, przepraszam, ale taka prawda – podjadałam te pyszności. Mam nadzieję, że zostanie mi wybaczone:)




 I jeszcze moja piękna i dostojna Biała Maria Rosenthala. Uwielbiam ją za elegancką prostotę. Każda herbata nalana do niej nabiera jeszcze większego charakteru. Bo picie herbaty może być nie tylko przyjemność dla podniebienia ale i dla oka. Herbata pasuje do każdej okoliczności - w schronisku górskim pita w szklance 'z prądem', w herbaciarni z maślanym ciastkiem, po obiedzie, do sałatki na kolację... Nic więcej, nic mniej. Idę utulić synka do popołudniowej drzemki, a potem śmigam pod koc i na filiżankę lapsang z konfiturą wiśniową:)

Pozdrawiam Was ciepło!

SweetVillage

2 komentarze:

  1. no patrz... tyle się znamy, a ja jakoś nie zarejestrowałam, że zbierasz filiżanki. Musisz koniecznie pokazać mi swoją kolekcję, bo ja również ubóstwiam "skorupki"

    OdpowiedzUsuń
  2. no widzisz, to ja muszę obejrzeć też Twoje skarby:)

    OdpowiedzUsuń