środa, 25 września 2013

Jesienny spacer

Słoneczko wyszło a my wyszliśmy na spacer. Wreszcie, bo już nie mogliśmy wysiedzieć w domu z tą Jaśkową chorobą. A wokoło jesiennie. O tej porze roku najbardziej lubię, jak zaczynają czerwienić się liście na drzewach. To taki piękny widok. Zauważyłam też, że mamy w naszym ogrodzie ptasich gości. Niestety nie znam się zupełnie na ich gatunkach, ćwierkań nie odróżniam tym bardziej, pozostaje więc zapytać mojego tatę - niekwestionowanego eksperta w tej dziedzinie. A że będziemy mięli w najbliższym czasie więcej takich odwiedzin, to pewne - dziadek przygotowuje bowiem dla Jasia drewniany karmnik. Spodziewam się istnego ptasiego radia:) Póki co wypatrzyliśmy kilka metrów od naszego domku.... owce. Widok uroczy, właściciel - pasjonat, widać, że mógłby godzinami opowiadać o swoich zwierzakach. 


A ja, spacerując po okolicy, intensywnie myślę o tym, jak zorganizować grzybobranie. Z maluszkiem w wózku odpada, sama też wolę nie ryzykować - za mało doświadczony ze mnie zbieracz. Jak dobrze pójdzie to uda się uprosić rodziców by wpadli do nas na trochę - mama popilnuje synka a tata wyruszy ze mną (i swoim niezawodnym atlasem grzybów) na poszukiwania. Mam nadzieję, że uda nam się zrealizować ten plan dość szybko, póki grzybki panoszą się jeszcze w lasach. Uwielbiam smak sosu z podgrzybków, smażonej kani czy  maślaków w occie. No i ten zapach suszonych sznurów grzybowych w kuchni .... ślinka leci na samą myśl. Gdyby jednak plan zawiódł - ratuje mnie (mam nadzieję:)) wariant B, czyli grzyby od mamy mojego M. Od kilku dni widzę, że każdą wolną chwilę spędza w lesie, a potem suszy, wekuje.... więc może podzieli się trochę.... ach, będzie co jeść w zimę, oj będzie! Jako grzybożerca już cieszę się na samą myśl. 

Pozdrawiam Was Ciepło!
SweetVillage

czwartek, 19 września 2013

Zwykły - niezwykły dzień

Jeden dzień a taka zmiana nastroju! A wszystko za sprawą mojego M., który przywitał mnie wczoraj bukietem cudnych kwiatów i zaproszeniem do restauracji na kolację. Niby nic wielkiego, ale było bardzo miło. A wszystko to z okazji naszej rocznicy ślubu. Mamy bowiem taką niepisaną umowę, że co roku, jedno z nas planuje ten dzień i robi niespodziankę drugiemu. Tym razem nie było żadnych szaleństw, ale to oczywiste - w końcu mamy w domu półrocznego szkraba i na razie nie jest możliwe od tak wyjechać na drugi koniec Polski czy świata, no przynajmniej nie bez większych przygotowań:) Ale i tak było cudownie. Maluszek też zadowolony - został kilka godzin z babcią, a wiadomo - nikt nie rozpieszcza lepiej niż babcie:) Nawet pogoda nam wczoraj sprzyjała - rozjaśniło się i po kolacji udało się pójść na spacer przy pięknie zachodzącym słońcu. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że w naszej okolicy odkryto, zupełnie przypadkiem, ciąg fortów podziemnych, zbudowanych jeszcze za Napoleona. Właściciel restauracji, w której byliśmy, zorientował się z czym ma do czynienia, chcąc rozbudować kompleks o hotel. Przemiły kelner oprowadził nas po tej części fortów, która jest już odrestaurowana. Podobno zawiłe korytarze podziemne ciągną się kilometrami dochodząc aż do starówki w Warszawie. Plany promocji tego terenu i atrakcji są szerokie. To dobrze, niech się dzieje - bo tutaj naprawdę jest pięknie i warto, by jak najwięcej osób z tego skorzystało:)




A wracając do mojego domu - właśnie mija południe, maluszek najedzony śpi, a mnie może w tym czasie uda się poczytać z godzinkę jedną z tych książek, odłożonych ( już od kilku miesięcy) do przeczytania. Co chwila zerkam też, na mój piękny bukiet i uśmiecham się sama do siebie, nie mogę się napatrzeć, taki jest piękny. Zdjęcia naprawdę tego nie oddają w pełni. A w międzyczasie wymyłam i suszę butelki do nalewki wiśniowej. Nastawiana była w sierpniu, teraz muszę ją przefiltrować, przelać do butelek i poczekać minimum dwa miesiące. Będzie jak znalazł na grudniowe wieczory przy kominku:) Mniam!!! Miłego dnia.

Pozdrawiam Was ciepło!
SweetVillage

środa, 18 września 2013

Herbaciane specjały


W ubiegłym tygodniu, chyba we wtorek, poszliśmy z Jasiem na spacer. Pogoda była idealna - zero wiatru, trochę słońca, nie za gorąco, nie za zimno. Przyglądałam się jak pięknie jesień zaczyna dawać znać o sobie – liście się zaczerwieniły, obrodziła jarzębina, u sąsiadów śliwa cała oblepiona owocami. Żałowałam, że nie wzięłam ze sobą aparatu, bo bardzo chciałam pokazać Wam od razu, jak tu u nas ślicznie."Jutro nie mogę o nim zapomnieć"- pomyślałam. Niestety następny dzień przywitał nas siąpiącym deszczem, chmurami i okropnym przeziębieniem synka. Poranek rozpoczęliśmy od wizyty u lekarza i od tamtej pory wciąż walczymy z choróbskiem. A ponieważ mój organizm chętnie przyjmuje wszystkie wirusy z najbliższego otoczenia, nie trzeba było długo czekać na wspólne kichanie i prychanie. I siedzimy sobie tak we dwójkę, pokasłujemy i oglądamy, jak za szybą wszystko moknie, bo niestety pogoda tak samo okropna, jak nasze samopoczucia. Jaś marudny, bidulek przez zapchany nosek nie może spokojnie spać. Ja radzę sobie trochę lepiej – opatulona w koc na zmianę - odciągam małemu katarek i aplikuję sobie kropelki, cierpliwie czekając, aż to minie. W takie dni zupełnie nie mam energii do działania, a jedną z niewielu rzeczy, jakie poprawiają mi humor są herbaty. Nie ma to jak mocna earl grey z plasterkiem cytryny i sokiem z malin. Wspaniale rozgrzewa i choróbsko mniej straszne. Piję ją na zmianę z lipą z dodatkiem miodu. Ponieważ miód traci swe właściwości w gorącej wodzie – zajadam go z talerzyka, popijając pysznym naparem lipowym.

  


Wogóle straszna ze mnie herbaciara. Gdyby ktoś kazał mi wybrać najlepszy napój świata - bez wahania wskazałabym właśnie herbatę. Uwielbiam praktycznie każdy rodzaj, wszystko zależy od nastroju, pory dnia czy roku. A jesień to dla mnie najbardziej herbaciana pora - zawsze upływa mi z filiżanką gorącego naparu w ręku. I obowiązkowo musi być pity z pięknej porcelany:) W tym zakresie uprawiam bowiem zbieractwo permanentne od dobrych kilkunastu lat. Pierwszą filiżankę kupiłam mając bodajże 16 lat. Od tamtej pory fascynacja skorupami trwa:) 


Mam kilka swoich ulubionych, a każda ma nieco inne przeznaczenie. Na popijanie herbatki czarnej lub zielonej przy czytaniu książek niezawodna jest duża, malowana w jesienne wzory roślinne filiżanka od mojego M. Razem z pięknym dzbankiem jest prezentem urodzinowym. To jeden z najbardziej trafionych upominków od kilku lat. Uwielbiam też „malutką francuzkę” czyli filiżaneczkę z manufaktury w Limoges, która co prawda jest do kawy, ale nie mogłam o niej nie wspomnieć. Cacuszko to ma ponad 130 lat, jest w stanie idealnym i zawsze, kiedy z niej piję myślę sobie do kogo mogła należeć przez te wszystkie lata, w jakich miejscach i rękach była...



 Uwielbiam też „malutką francuzkę” czyli filiżaneczkę z pozłacanymi rantami z manufaktury w Limoges, która co prawda jest do kawy, ale nie mogłam o niej nie wspomnieć. Cacuszko to ma ponad 130 lat, jest w stanie idealnym i zawsze, kiedy z niej piję myślę sobie do kogo mogła należeć przez te wszystkie lata,w jakich miejscach i rękach była... Do tych ulubionych skorup należy też mała, fioletowa, ręcznie malowana przez cudowną panią Alę. Kiedy po nią sięgam przypominają mi się stare dobre czasy studenckie, kiedy to pracowałam w małej herbaciarni na Saskiej Kępie. Pani Ala jest mamą właścicielki. Przegadałam z nią wiele godzin na temat sztuki, impresjonizmu, powojennej Warszawy, domowych przepisów czy ... najnowszych trendów w modzie:). To według jej przepisu podawany był tam domowy sernik, którego smaku nigdy nie zapomnę. Serwowane tam rodzynki w rumie, które podawaliśmy do jednej z herbat, były również jej przepisu. Podjadałam je nieustannie. No, po prostu nie mogłam się powstrzymać! Pani Alu, przepraszam, ale taka prawda – podjadałam te pyszności. Mam nadzieję, że zostanie mi wybaczone:)




 I jeszcze moja piękna i dostojna Biała Maria Rosenthala. Uwielbiam ją za elegancką prostotę. Każda herbata nalana do niej nabiera jeszcze większego charakteru. Bo picie herbaty może być nie tylko przyjemność dla podniebienia ale i dla oka. Herbata pasuje do każdej okoliczności - w schronisku górskim pita w szklance 'z prądem', w herbaciarni z maślanym ciastkiem, po obiedzie, do sałatki na kolację... Nic więcej, nic mniej. Idę utulić synka do popołudniowej drzemki, a potem śmigam pod koc i na filiżankę lapsang z konfiturą wiśniową:)

Pozdrawiam Was ciepło!

SweetVillage

poniedziałek, 9 września 2013

Kamienie i kalosze – no proszę:)

Muszę się pochwalić, że mamy naprawdę śliczną trawę w ogrodzie. Pisałam już jakiś czas temu, że aranżacja całej przestrzeni wokół domu zaplanowana jest na następny rok, w tym jednak posadziliśmy już trawę. Dzięki temu przez całe lato mogliśmy cieszyć się piękną, intensywną zielenią. Większość naszych gości zachwyca się trawą, niektóry nie wierzą nawet, że jest prawdziwa:) Cieszy mnie ten widok za oknem, ale prawda jest taka, że wszystko co piękne, wymaga wkładu pracy, chęci, miłości ... No czegoś wymaga:) I w tym miejscu składam ukłon w kierunku mojego M. Jakże on ciężko pracuje na tym naszym poletku. Bo muszę ze smutkiem wyznać, że rozprzestrzeniło się wokół domu jakieś obrzydlistwo chwastowe, które coraz skuteczniej zagłuszało nasz wypielęgnowany dywan zieleni. Niczym tego nie można było spryskać, by jednocześnie nie wyniszczała trawa, tak więc jedyne co nam pozostało, to....... pielenie na kolanach, centymetr po centymetrze.......W ciągu ostatnich dwóch tygodni tak też upłynął mojemu M. wolny czas. Żeby nie było – nasz ogród - wspólna sprawa, więc dzielnie wzięłam za widelec (tak, tak - najlepiej to chwaścisko wyrywa się widelcem) i stanęłam u boku M. gotowa na walkę z ekspansją zielska. Niestety nasz synek nie wykazał w związku z tym entuzjazmu - szalenie towarzyska z niego dusza i nie pozwolił by zostawić go na dłuższą chwilę samego w łóżeczku:) Jak na złość – chęć na spanie również odeszła malcowi zupełnie. Ale przy pierwszej turze walki uczestniczyłam – przez kilka dni, popołudniu, siedzieliśmy razem na kolanach i usuwaliśmy intruzów. 


Ponieważ w międzyczasie trochę padało i zrobiło się błoto, założyłam (chyba pierwszy raz w tym roku) moje kalosze robotnicze. Widelec w dłoń i do pracy! Potem jeszcze tylko grabienie i koszenie (to ostatnie dzielnie wykonuje wyłącznie M.) Dla mnie to wielka zmiana - jeszcze rok temu chodziłam w ołówkowych sukienkach i szpilkach do biura na czwartym piętrze wielkiego biurowca w centrum stolicy. Teraz na kolanach i w kaloszach grzebię w ziemi, w moim ogródku. Nie powiem, że pielenie to przyjemność. Ale ile radości daje widok końcowy!
Dla równowagi, wieczorkiem, po aktywnościach fizycznych na świeżym powietrzu, postanowiłam zająć się nieco czymś twórczym. Stworzyłam sobie kilka bransoletek z kamieni i srebrnych zawieszek. Wszystkie w kolorach, które obecnie bardzo mi się podobają – śliczne pastele - miętowy, pudrowy róż, mleczno-kremowy, łososiowy.


 
W planach mam jeszcze serię zdecydowanie jesienną – w kolorach burgundu, fuksji, szarości i czerni. Ale i pastele pozostają aktualne w tym sezonie jesiennym. A ponieważ ostatnimi czasy bardzo dobrze wpływają na mój nastrój - postanowiłam, że dom oblekę w dekoracje pastelowo-szare. Pudrowy róż, mięta, wanilia i szarość – to kolory na jasień dla mojego domku. Mam nadzieję, że już wkrótce pokażę Wam efekt tych moich wizji. Póki co – pastelowe jadeity z  zawieszkami. Bardzo przyjemnie je nosić. A te Panie, które zażyczyły sobie po jednej - zapraszam serdecznie w następnym tygodniu w odwiedziny:) Jakieś ciasto upichcę. Lecę kończyć porządki po wczorajszych chrzcinach naszego synka. Góra naczyń czeka na upchnięcie do szafek:)

Pozdrawiam Was ciepło!
SweetVillage

czwartek, 5 września 2013

Algowo owocowo


Uwielbiam ten smak i konsystencję! Mowa o koktajlach owocowych. To właśnie nimi rozpoczynam swój dzień. To nie tylko duża przyjemność smakowa, ale i ogromna dawka zdrowia dla organizmu, bowiem do każdego koktajlu dodaję magiczny środek – algi morskie. Jako maniak ekologicznego i zdrowego stylu życia, trochę się dziwię samej sobie, że tak późno na niego zwróciłam uwagę. Cóż lepiej późno niż wcale. Teraz to już stały element w mojej kuchni:) Cieszę się, że zaraziłam tym swoją mamę, może zarażę i Was:) A, że warto to pewne! Ponieważ algi nie powalają swoim smakiem, koktajle służą mi za idealny sposób na bezproblemowe ich przyjmowanie. Delektuję się owocowym smakiem przez cały tydzień, poza weekendem, kiedy to przychodzi pora na kulinarne eksperymety śniadaniowe mojego M. Stało się bowiem tradycją, że w sobotnie i niedzielne poranki, kiedy żadne z nas nie musi nigdzie gonić, jemy wspólnie to, co on przygotuje. A przeważnie jest to jajecznica, a raczej różne wariacje na jej temat, bowiem M. wyznaje zasadę gotowania „na winie”. Dosłownie oznacza to, że posiłek stanowią wszystkie produkty, które się akurat nawiną i pasują do ogólnej koncepcji dania. Chętnie poddaję się tym pomysłom – i muszę przyznać, że zawsze jest pysznie.





A wracając do koktajli - mój ulubiony to mango, maliny, jabłko i banan plus oczywiście algi. Ale opcji jest tyle, ile tylko zdołacie wymyśleć. Przyrządza się je bardzo łatwo i szybko, co dla wielu osób jest z pewnością zaletą. Gęstsze czy rzadsze – jak kto woli. Ja uwielbiam przede wszystkim aksamitną konsystencję koktajli i zielony, energetyczny kolor, jaki nadają algi. O walorach smakowych i zdrowotnych owoców nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Algi zaś to ogromna kopalnia witamin z grupy B, wit. E i beta-karotenu. Działają antyrakowo, przeciwzapalnie, antyalergicznie. Do tego oczyszczają z toksyn, poprawiają metabolizm, wspomagają odchudzanie oraz opóźniają procesy starzenia. No i jak ich nie uwielbiać?Dzisiaj w kuchni mam jabłka, banany, gruszki i oczywiście algi. Idę przyrządzić swój eliksir. Na zdrowie!


Pozdrawiam Was ciepło!

SweetVillage